Zamów ofertę


Wiadomości
Satelita Thuraya-3 pomyślnie wyniesiony na orbitę: Trzeci geo-mobilny satelita firmy Thuraya Satellite Telecom Co. został dziś pomyślnie wyniesiony przez Sea Launch, otwierając tym samym przed firmą wielkie możliwości ekspansji i świadczenia najbardziej nowoczesnych usług satelitarnych w rejonie wschodniej Azji w pierwszym kwartale 2008 r. ...
czytaj więcej

News

Maroko 2008 - rowerem przez kawalek Afryki
Niedziela, 09.03.2008

1 marca 2008 wyruszyła wspierana przez naszą firmę pierwsza wyprawa Grupy Rowerowej GLOB do Afryki - "Maroko Trans Atlas". Plan wyprawy to przelot z Warszawy do Malagi w Hiszpanii, następnie promem do Mellili i w końcu ponad 1000 km przez góry Atlas i tereny Berberów do Marrakeszu. Kontakt z Polską i służbami ratowniczymi zapewnia telefon satelitarny Thuraya.

Atlas to najwyższe pasmo górskie w Afryce. Rozciąga się na przestrzeni ponad 2000 km od wybrzeży Oceanu Atlantyckiego po Zatokę Gabes na Morzu Śródziemnym. Najwyższym szczytem jest Dżabal Tubkal (4165 m n.p.m) natomiast drogi prowadzą przez przełęcze nawet powyżej 2500 m.

Ostatnia relacja Grzegorza B. Kajdrowicza:

03.03 Szczesliwie udalo nam sie bez zadnych problemow przekroczyc granice pomiedzy enklawa hiszpanska w Maroku - Melila a Marokiem. Przejscie przypomina granice w medyce. Tlum ludzi, glownie ze strony marokanskiej. My przejechalismy w 15 min. Wypelnilismy karteczi i w droge w nieznane. Na promie poznalismy Bashira, to Marokanczyl pracujacy od 15 lat w Niemczech i w Szwecji. Jego brat ozenil sie w Sztokholmie z Polka. Jest 13 ichniego czasu. Czas na sjeste. goraco, 25 st. kierowcy jezdza jak w krajach muzelmanskich, ale maja przynajmniej narazie odrobine kultury. Zaobserwowalismy czujnosc policji. Kiedy zatrzymalismy sie przy znaku stop po arabsku aby robaczkom zrobic fotke, a obok byl posterunek policji, pan policjant zapytal sie nas co robimy, czy aby nie policjantow. Po pokazaniu fotki, poklepal nas po ramieniu i poszedl do budki. Na drodze spotkalismy kilka takich posterunkow. Po 3 tygodniach deszczu w Norwegii, wreszcie na wyprawie mam sloneczko. Obiecalem sobie, ze moje 38 urodziny spedze w cieplym klimacie. Mam nadzieje, ze tak bedzie. zapowiada sie dobrze. Pod koniec dnia dotarlismy do miejscowosci Hassi-Berkane (pisze z pamieci, wiec moga byc przelamania), tam zjadlem potrawke z jagniecia (tylko ja, bo Gregor jest wegerarianinem), wypilismy mietowa herbate i ruszylismy dalej. Byla juz godzina 18.30 czasu miejscowego. Chcielismy dotrzec nad jezioro Barrage - Muhamed V Niestety nie udalo sie. Noc tu zapada bardzo szybko. Rozbilismy oboz w polu za krzakami. Niebo o 21 bylo tak rozgwiezdzone jak w planetarium. Wspaniale prezetowala sie Droga Mleczna, Orion, Plejady, a Syriusz swiecil jak wielka pochodnia. Polozylismy sie spac ok. 22 i od razu usnelismy. Przez nikogo nie niepokojeni przespalismy bez problemu nasza 1 noc pod afrykanskim, niesamowitym niebem.

04.03 Pobodka o 7.30. Slonce zaczelo dopiero niemrawo gladzic szczyty wzniesien. Szybkie sniadanko, kisielek, herbatka. Sloneczko wyszlo w pelnej krasie. Namiot schnie z rosy. My najedzeni skladamy powoli oboz, by ruszyc dalej w nieznane. To nieznane to miasto Taourirt. Po drodze jechalismy nad sztuczne jezioro z elektrownia - Barrage Mohamed V. Wokolo puste przestrzenie poprzecinane niestety drutami wysokiego napiecia. Wszedzie sa suche koryta rzek i potokow i dosc sporo domostw Berberow. Udalo nam sie tez odwiedzic szkole. Na powitanie dzieci wyrecytowaly arabskie powitanie, z ktorego zrozumielismy tylko koniec. Czyli Allah jest wielki. Dzieci recytowaly te slowa z wielka pasja. Najwazniejsze jednak jest to, ze w Maroku jest kladziony nacisk na edukacje juz od najmlodszych lat. Wwidac takze inwestycje typu prad czy woda. Mlody krol Hassan II jest madrym wladca. Inwestuje w przyszlosc kraju. Od jeziora Mohamed V do krzyzowki dostalimy dosc dobrze w kosc. 38st i wyrypa pod gore. Ciezej mialem tylko w Kirgizji. Ale dalismy rade. Okrazajac jezioro dotarlismy wykonczeni na krzyzowke z droga N6. Wykonczeni goracem dotarlismy do lokalu, gdzie wypilismy po butelce coli i zjedli ciasteczka. To dalo nam kopa na nastepne 30 km. W koncu dotarlismy do miasteczka Taourit, gdzie nocujemy w miejscowym hotelu. pokoj 2osobowy kosztuje 80 dirhamow. Pokoj pozostawia sporo do zyczenia. Mamy na szczescie swoje spiwory. Po kapieli w zimnej wodzie (uff, sama przyjemnosc) idziemy w poszukiwaniu jedzenia i skladnika do marcoli. Kolacje jemy w knajpce za rogiem. Za 3 szaszlyki, 2 herbaty, wode, wazywa. zaplacilismy 53 dirhamy. Stol zostal przykryty hustami z papieru bialego. Jedzenie swietne i smaczne.

05.03 Udalo nam nie jakos normalnie wstac, chyba za sprawa muazina, ktory nawolywal do modlitw od chyba 5 rano. Zjedlismy sniadanie i ruszylismy w dalsza droge w kierunku Misouri. Wiatr wial w plecy, droga lekko sie wznosila i pokonalismy 50 km w 3 godzinki. Na krzyzowce przed Guercif zjedlismy obiadek w przygroznej knajpie. Niestety w tej knajpie do drzewa na chamskim drucie przywiazana byla malpa. Drut wrzynal jej sie w biodra. Miala chyba robic za atrakcje dla dzieci. Brrrr. Poobfitym posilu i wypiciu po raz kolejny marokanskiej whisky, ruszylismy dalej. Na poczatku bylo bardzo ciezko. Lekki wznios i wiatr w twarz. Ale po 10 km juz sie rozjechalismy, wiatr wial z boku. Tak dojechalismy 20 km za miejscowosc Maharija, gdzie za domkiem z gliny rozbilismy oboz. Temperatura spadla do 7 st. Nic nam nie pozostalo, aby skosztowac Markocoli. Jako, ze w Maroko to kraj muzelmanski, alkohol ciezko jest zdobyc. Raz nam sie udalo piwko zakupic, ale i tak nie bylo to latwe. Wypilismy mala buteleczke Marokocoli i udalismy sie w kime ogladajac wczesniej wspaniale afrykanskie niebo. Ilekroc na nie spoglam, mam wrazenie, ze sa tam miliony swuatow takich samych jak nasz, albo i lepszych. Ktos kto to stworzyl, jest, byl nielada geniuszem.

06.03 Obudzilem sie w srodku nocy, a w zasadzie obudzilo mnie zimno w stopy. Noce sa tu dosc zimne. Nastepnym razem wleze ze spiworem w plachte biwakowa. Pobudka ok. 7, czyli 8 naszego czasu. Sniadanie skladanie biwaku i wyjazd ok. 9. Droga wiedzie przez kamieniste pustkowia. Gdzieniegdzie widac domki, tubylcow zakutanych w stroje przypominajace mrocznego cesarza z Gwiezdnych wojen Lucasa. Gdzieniegdzie widac wschodzace zborze. Poletka zostaly sila wydarte kamienistej pustyni. Ktos wykonal tytaniczna prace, czyszczac je z kamieni. Czasami mozna zauwazyc nawadniacze. Woda tu jest, ale trzeba sie do niej dokopac. Ze studni napelnia sie wielki kamienny zbiornik a z nego woda rozprowadzana jest po polach czy sadach oliwnych. Spotkany na trasie pasterz owiec poczestowal nas bardzo silna tabaka. Zakrecila w nosie dosc ostro. Chwile dalej w miejscowosci Fritissi zostalismy zaproszeni do miejscowego bogacza na herbatke. Calkiem dobrze mowil po angielsku. Fritissi to miejscowosc w oazie. Maja swoje zrodlo wody w centrum wsi. Woda plynie z niego caly czas. Rosna spore drzewa, kilka palm i oliwki. Spotykani na szlaku tubylcy zazwyczaj prosza o wode. My zawsze mamy jej ok. 3-5 litrow kazdy. Tu ludzie wiedza, ze wody marnowac nie mozna, zwlaszcza w porze suchej. Calosc terenu przez ktory przejezdzamy jest pocieta korytami suchych rzek. Widac, jaki maja one impet i sile jak plynie w nich woda. Mosty i przesmyki pod droga wielokrotnie sa zrywane i wielokrotnie naprawiane. Widac dbalosc mlodego monarchy o swoich poddanych. Ok. 18 dojezdzamy do miejscowosci Outat-Oulad-El-Haj, gdzie nocujemy w przydroznym hotelu. Nocleg dla 2 osob to koszt 150 dirhamow. Nocleg w czystym pokoju z goraca woda. Oczywiscie goraca byla rano. Wieczorem wykapalem sie w lodowatej. Restauracja jest wyposazona w popielniczki z Polski z napisem wodka wyborowa. Wyglada to dla nas dosc smiesznie. W kraju muzelmanskim reklama, zapewne nieswiadoma, mocnego polskiego alkoholu.